Jak SSP może zapobiec wypaleniu zawodowemu

Osiem miesięcy z protokołem „Rest & Restore”

autor: Nicola-Jane le Breton

Kiedy zacząłem stosować protokół „Rest & Restore”, moje ciało pokazało mi obraz, którego nigdy nie zapomniałem. Podczas sesji Focusingu w pierwszym tygodniu bardzo wyraźnie dało mi do zrozumienia, że chce być kotem zwiniętym w kłębek w ciemnym, bezpiecznym i cichym koszyczku, z dala od innych ludzi. Nie tylko na jedno popołudnie. Tak długo, jak będzie trzeba.

Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, jak bardzo potrzebowałem tego odpoczynku.

Przez lata działałam na adrenalinie – byłam zapracowana, sprawna, przydatna, zawsze o krok przed sobą. Myślałam, że to ciągłe tętnienie to energia. Okazało się, że było zupełnie odwrotnie: mój układ nerwowy był w stanie ciągłego, łagodnego alarmu, maskującego zmęczenie tak stare i tak głębokie, że przestałam je odczuwać. Miałam niski poziom żelaza. Nie spałam dobrze. Bolała mnie szyja i głowa. A pod tym wszystkim kryło się zmęczenie, przed którym uciekałam przez większość dorosłego życia. Metoda RRP kazała mi przestać uciekać i pozwolić mu się ujawnić.

To, co najbardziej zapadło mi w pamięć z tych pierwszych tygodni, to uczucie, jakby w moim układzie nerwowym zadziałały hamulce. To było tak, jakby ktoś mocno nacisnął pedał hamulca w samochodzie, który jechał bardzo szybko przez bardzo długi czas – nie do całkowitego zatrzymania, ale do gwałtownego zwolnienia, niemal do całkowitego zatrzymania. Przez kilka tygodni byłem kompletnie rozbity. Wiele spraw mi się nie udawało; pozwoliłem sobie na chorobę. Na szczęście zbiegło się to z dwutygodniowymi wakacjami w Tajlandii i właśnie to zrobiłem – pozwoliłem sobie na całe dni, podczas których prawie nic nie robiłem. Po prostu nie było jak iść dalej, dopóki nie odpocznę.

A kiedy odpoczywałam, ten obraz stał się jeszcze bardziej wyrazisty. Kot zamienił się w żółwia – gigantycznego, pradawnego żółwia – a ja znalazłam się w jego wnętrzu, uniesiona w jego powolnej, gęstej, ochronnej ciemności. To uczucie nie było do końca odrętwieniem. To było raczej uczucie bycia osłoniętą przed presją, która tak długo mnie napędzała: uspokojona, otoczona opieką, uspokojona. Moje ciało podpowiadało mi, że to jak leżenie w łóżku: nie musiałam robić nic z tego, co zwykle robiłam; musiałam tylko odpoczywać i pozwolić, by się mną zajęto. Była we mnie część, która potrzebowała tego odpoczynku, a moim zadaniem było traktować ją delikatnie – dać jej czas, którego potrzebowała, by dojść do siebie, a nie naciskać na nią, jak to zawsze robiłam. Pozwoliłam więc żółwiowi mnie otoczyć i podziękowałam mu za to, że tak bardzo mnie spowolnił.

Czym właściwie jest RRP

Protokół „Rest & Restore” to program z przewodnikiem – w sumie pięć godzin muzyki – stworzony przez firmę Unyte na podstawie prac neurobiologa dr. Stephena Porges’a (którego nazwisko możesz znać z protokołu „Safe & Sound”) we współpracy z pionierem w dziedzinie audio, Anthonym Gorrym. Podczas gdy protokół SSP działa na brzuszny szlak nerwu błędnego – związany z więziami społecznymi i poczuciem bezpieczeństwa – protokół RRP oddziałuje na najstarszą gałąź układu nerwowego, czyli grzbietowy szlak nerwu błędnego, którego zaletą jest zdolność do odpoczynku, regeneracji i powrotu do zdrowia. Ta muzyka nie jest tak bardzo filtrowana, co raczej skomponowana wokół własnych, powolnych rytmów ciała – bicia serca, oddechu, trawienia – delikatnie zachęcając cały organizm do wyciszenia się.

Nie jestem naukowcem, a to tylko moja osobista historia, a nie badanie kliniczne – więc nie będę próbował wyjaśniać, dlaczego to działa, ani obiecywać, że u ciebie zadziała tak samo jak u mnie. Po prostu opowiem ci, co działo się w moim ciele. Podczas mojego pierwszego doświadczenia z tym protokołem prowadziłem codzienny dziennik i właśnie z tych notatek czerpałem tutaj. (Dla przejrzystości: BrainArts – praktyka Williama Bolle’a – dała mi darmowy roczny dostęp do programu RRP w zamian za napisanie tego tekstu. Doświadczenia i opinie zawarte w tym tekście są wyłącznie moje.) Moje pierwsze przejście przez program zajęło nieco ponad dwa miesiące.

Sztuka minimalizmu

Najbardziej zaskakujące w metodzie RRP jest to, jak mało trzeba robić. Nie zakładasz słuchawek i nie słuchasz muzyki przez pięć godzin. Zaczynasz od jednej minuty. Potem dzień odpoczynku. Potem dwie minuty. Potem dzień przerwy. Przez kilka tygodni stopniowo zwiększałem czas – miejscami o dziesięć sekund na raz – od jednej minuty do dwóch, czterech, sześciu, ośmiu, dziesięciu. Instrukcja, która ciągle się powtarzała, zarówno od Williama, jak i z samego protokołu, brzmiała: mniej znaczy więcej. Lepiej iść za wolno niż za szybko.

To idzie wbrew mojemu sposobowi myślenia i podejrzewam, że większości ludzi też: chcemy pełnej dawki, szybkiego efektu, odhaczenia tego punktu na liście. Metoda RRP wymaga czegoś zupełnie przeciwnego – małych łyków, długich przerw, dnia odpoczynku między każdym odsłuchem, żeby organizm mógł to wszystko przyswoić. Nauka szanowania tego tempa sama w sobie była częścią tego lekarstwa. Nauczyła mnie, w skrócie, tego, czego przez całe życie próbowałem się nauczyć: że odpoczynek to nie coś, na co trzeba zasłużyć po skończonej pracy.

Co się zmieniło

Zmiany następowały tak delikatnie, tak stopniowo, że w ciągu jednego tygodnia ledwo mogłem je dostrzec – a jednak, patrząc wstecz na ostatnie osiem miesięcy, są one nie do pomylenia. To była cicha, stopniowa przemiana, a nie jakaś dramatyczna zmiana.

Najlepszym przykładem jest sen. Prawie każdej nocy przed snem słucham RRP, robiąc przy tym łagodną jogę yin, i gdzieś w ciągu tych miesięcy mój sen się zmienił. Teraz zasypiam w jakieś piętnaście minut, a kiedyś zajmowało mi to znacznie więcej czasu; rzadziej się budzę, a kiedy już się budzę, czuję się bardziej wypoczęty. Na początku odkryłem też, że znów potrafię się zdrzemnąć – zapadać w łagodną popołudniową drzemkę, czego nie udawało mi się od lat. Wszystko działo się tak stopniowo, noc po nocy, że prawie tego nie zauważyłem – dopóki coś tego nie sprawdziło. Niedawno musiałem kilka nocy z rzędu siedzieć do późna przy komputerze, a mimo to łatwo zapadałem w głęboki, spokojny sen. Dawny ja, rozdrażniony i nie mogący zasnąć po długiej nocy przed ekranem, po prostu nie byłby w stanie tego zrobić. (Warto wiedzieć: RRP może sprawić, że będziesz śnił więcej i bardziej intensywnie. Jeśli słuchasz tego tuż przed snem i nie podoba ci się to, spróbuj przesunąć to na wcześniejszą porę dnia.)

Coś się też zmieniło w tym, jak odnajduję się we własnym ciele. Kiedyś budziłam się nie do końca obecna w sobie, jakby każdego ranka musiałam przebić się przez jakąś membranę – godzina lub więcej jogi, medytacji i ćwiczeń tylko po to, żeby zrobić sobie wystarczająco dużo miejsca, by poczuć swoje ciało i połączenie z ziemią. Teraz, prawie każdego ranka, mogę po prostu wstać i po prostu tu być. To tak, jakby RRP przywróciło mi moje ciało – rozpuściło jakąś dawną barierę, zharmonizowało coś, co kiedyś wydawało się oddzielone i stłumione.

Potem pojawiły się zmiany, których naprawdę się nie spodziewałem po takim zestawie utworów.

Moja reaktywność zaczęła się łagodzić. Pewnego dnia, na początku terapii, byłem świadkiem wypadku samochodowego przed naszym domem i cały mój organizm wszedł w stan hiperczujności – dawna trauma znów dała o sobie znać. Później tej samej nocy posłuchałem krótkiego nagrania RRP i poczułem, jak w końcu się uspokajam. Innym razem dostałem wiadomość od znajomego, która kiedyś wywołałaby u mnie burzę trwającą kilka dni: ucisk w klatce piersiowej, napięte ciało, myśli krążące w kółko. Zauważyłam to, po prostu słuchałam, pozostałam z tymi częściami mnie, które się aktywowały – a wieczorem przeszłam ze stanu silnej reaktywności do czegoś, co mogę nazwać jedynie spokojem, gdzie mogłam dostrzec całą sytuację, a nie tylko zagrożenie.

Chcę tu być ostrożny, bo to ważne: RRP tego nie zrobiło dla ja. Jak napisałem tego dnia w dzienniku, Musiałem to zrobić—słuchanie, skupianie się, zwracanie uwagi na te przestraszone części. Wyglądało na to, że metoda RRP na tyle wyłączała nadmierną czujność, że praca stała się możliwa. Poszerzyła przejście. Nadal musiałem przez nie przejść.

Moje granice stały się bardziej wyraźne, to przyszło naturalnie. Zdałem sobie sprawę, że potrafię powiedzieć nie—do przyjaciela w kryzysie, którego naprawdę nie mogłem uratować, do presji, pod którą kiedyś bym się ugiął—bez tej zwykłej burzy poczucia winy. Przyjaciel, który przeszedł ten program, opisał to samo: czuje się bardziej odporny, mniej podatny na wpływy. Dla mnie to uczucie wewnętrznej stabilności, poczucie, że coś mnie podtrzymuje od środka, czego po prostu wcześniej nie było.

Dłuższy łuk

Najbardziej cieszę się, że to nie przeminęło. W przeciwieństwie do zwykłego przypływu entuzjazmu, który mija, gdy coś przestaje być nowością, to wydaje się trwałe i głębokie – to raczej stałe źródło siły niż chwilowa ulga. Ku mojemu cichemu zdziwieniu jestem o wiele bardziej odporna niż kiedyś; rzeczy, które kiedyś by mnie powaliły, teraz po prostu przelatują obok. Czuję się bardziej zrównoważona, bardziej stabilna – a kiedy już wpadnę w stan braku równowagi, nie wydaje mi się to już częścią mojej tożsamości, tak jak kiedyś. Teraz wiem, że to tylko chwilowe i że zawsze jest droga powrotna.

Muszę przyznać, że rzadko stosowałem metodę RRP całkowicie samodzielnie. Przez ostatnie sześć miesięcy łączyłem ją z okazjonalnymi dawkami jej uzupełnienia, czyli protokołu Safe & Sound, który opiera się nie na odpoczynku, ale na więziach społecznych i poczuciu bezpieczeństwa. Jeśli RRP to skorupa, do której mogę się schronić, to SSP to drzwi, które mogę otworzyć, by znów wyjść w świat – a razem dały mi równowagę, jakiej nigdy wcześniej nie zaznałem. (O SSP i o tym, jak pomogło to komuś, kto przez całe życie czuł się outsiderem w grupach, napisałem w innej recenzji.)

Dowiedziałem się bowiem, że istnieje coś takiego jak „zbyt głęboko”. Po około dwóch miesiącach ten głęboki odpoczynek przerodził się w coś zbyt powolnego i zbyt skupionego na sobie. Czułem się tak odcięty od świata i tak bardzo przytłoczony każdą interakcją społeczną, że głębia żółwia stała się miejscem, z którego nie mogłem łatwo się wydostać. Wtedy właśnie skontaktowałem się z Williamem, żeby wznowić praktykę SSP – co od razu wydawało się przywracać mi zdrowszą równowagę. Stosowałem ją regularnie, aż znów poczułem stabilność między tymi dwoma biegunami, a teraz sięgam po nią może raz lub dwa razy na dwa tygodnie, podczas gdy RRP stosuję prawie codziennie.

Gdzieś w ciągu tych ośmiu miesięcy przestałem być niesiony przez żółwia i stałem się nim – nauczyłem się zanurzać w głębinę z własnej woli i wynurzać się z powrotem, gdy nadchodzi czas, by spotkać się ze światem.

Kilka uwag

To nie jest magiczna pigułka i nie powinno się jej tak sprzedawać. Były chwile, kiedy mi się chwiało. W jednym z tych ciężkich, pełnych mdłości tygodni naprawdę zastanawiałam się, czy metoda RRP raczej wszystko mieszka, zamiast uspokajać, i czy nie zapadłam zbyt głęboko w stan wyłączenia. Myślę, że te chwile są częścią procesu oczyszczania – stare zmęczenie i stary smutek wypływają na powierzchnię, żeby w końcu mogły odejść – ale są one prawdziwe i właśnie dlatego tak ważne jest, że protokół kładzie nacisk na powolność, dni odpoczynku i przewodnika, który wie, co robi. William był zawsze dostępny, zawsze opanowany, a to miało dla mnie większe znaczenie, niż potrafię to opisać.

Powinienem też szczerze przyznać, czego to nie zmieniło. Nadal jestem kimś, kto ma skłonność do ciągłego biegania i przytłoczenia – to głęboko zakorzeniony wzorzec, z którym prawdopodobnie będę się zmagał do końca życia. Różnica polega na tym, że teraz w tym zgiełku pojawia się więcej przerw, więcej odpoczynku. Minęło dopiero osiem miesięcy, więc dopiero zaczynam pozwalać, by ta przestrzeń się zakorzeniła; metoda RRP osłabiła stary wzorzec, ale go nie wymazała. Nie chcę, żebyś oczekiwał, że to cię naprawi lub zmieni – to ciągły proces, a nie lekarstwo.

Radzę: nie rób tego w pośpiechu ani sam w ciemności, bez żadnego wsparcia. Miej pod ręką kogoś, na kogo możesz liczyć. Jeśli możesz, połącz to z praktyką, która pomoże ci wsłuchać się w to, co się ujawnia – dla mnie jest to Focusing, ale może to być cokolwiek, co pozwoli ci zwrócić się ku swoim wewnętrznym doświadczeniom z życzliwością, zamiast próbować je naprawiać. I potraktuj poważnie wskazówkę “mniej znaczy więcej”, nawet jeśli każda twoja komórka chce pędzić do przodu. Warto też pamiętać, że RRP to program słuchania, a nie terapia medyczna – coś, co powinno towarzyszyć innym formom opieki, a nie je zastępować.

Czy poleciłbym to?

Tak – szczerze i serdecznie. Nie mogę obiecać, że zadziała to dla ciebie tak samo jak dla mnie; każdy układ nerwowy jest inny. Mogę tylko powiedzieć, że RRP pomogło mojemu ciału przypomnieć sobie, jak się odpoczywać, złagodziło nadwrażliwość, z którą zmagałam się przez całe życie, i sprawiło, że czuję się bardziej zrównoważona niż kiedykolwiek wcześniej. Powoli nauczyło mnie to, że mam prawo być jak żółw – zanurzać się w głębię własnego wnętrza, kiedy tego potrzebuję – i że odpoczynek, wcale nie wyczerpuje moich sił, a wręcz przeciwnie – okazuje się ich źródłem.

Nicola-Jane le Breton jest pisarką oraz trenerką i praktykującą metodę Focusing. Mieszka w Rockingham w Australii Zachodniej. Pracuje jako „tworczyni opowieści społecznościowych” w organizacji Befriend, pomagając budować bardziej integracyjne i zżyte społeczności.

Tagi

Brak odpowiedzi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *